W nos uderza mnie zapach strachu.Na ugiętych łapach kroczę powoli wśród zarośli,a moje oczy prześlizgują się po pozornie spokojnm krajobrazie.Jeden szelest,zdaje się nic nieznaczący ruch...Zgrabnie przeskakuję pomiędzy pnączami,maksymalnie wyginając swoje ciało.Niczego nieświadoma ofiara żyje codziennością,nie wiedząc,że ten dar straci już za kilka chwil.Przyspieszam kroku,zachowując jednocześnie dystans."Zgraj się z harmonią lasu.Poczuj go."-słowa ojca dźwięczą mi w uszach.Zastygam,iedy znajduję się w odległości skoku.Mrużę oczy i napinam mięśnie,oddycham płytko,kurczę się w sobie.Nagle antylopa nieruchomieje i podrywa się do szaleńczego biegu,natomiast ja ląduje twardo na ziemii,brodą żłobiąc bruzdę w podłożu.Sekundę później spada na mnie coś miękkiego,ale ciążkiego.Podrywam się momentalnie i wyzwalam od ciężaru,odbiegając na parę metrów.Smukła lwica o atletycznej budowie i długich,zgrabnch łapach,karmelowej maści i szmaragdowych,duzych oczach także wstaje.Mrużę oczy i zaczynam warczeć,obnażając kły.Chodzimy wokół siebie po niewidzialnym okręgu mierząc się wzrokiem.Ja nieufnym,podejrzliwym,z nutką złości,ona z zaciekawieniem.
-Kim jesteś?-rzuca z nieudolnie ukrywaną ciekawością.
-Lewm,którego pozbawiłaś obiadu.-mówię z przekąsem,bijąc ogonem na prawo i lewo.
<Vivianne?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz