Już świtało. Dżungla zaczęła powracać do życia. W około rozbrzmiewał wesoły świergot ptaków. Obudziłam się obok wielkiego kamienia i lekko podniosłam głowę. Bardzo bolała. Nie pamiętałam nic z wczorajszej nocy. Jak ułamek sekundy przypominało mi się, że wieczorem rozpętała się straszliwa burza. Pioruny biły nie ubłagalnie. Uciekałam. Wpadłam do dżungli. Przedzierając się przez liany i drzewa musiałam boleśnie uderzyć głową o kamień i stracić przytomność.
Podniosłam się i leniwie przeciągnęłam. W brzuchu mi kiszki marsza grał. Wzbudził się we mnie instynkt łowiecki. Zaczęłam węszyć w powietrzu. Postawiłam uszy. Usłyszałam szelest. Użyłam jednej ze swoich mocy - niewidzialności, gdyż wyczułam, że to nie był ptak, hiena ani duży jeleń, to było coś w rodzaju lwa... chyba, że się pomyliłam. Przybrałam pozycję bojową. Mimo, iż byłam niewidzialna trochę ostrożności nie zaszkodzi.
Nie pomyliłam się. Z krzaków wyszedł dobrze zbudowany lew. Na początku zrobiłam wielkie oczy, lecz zaraz się otrząsnęłam. "To tylko lew, tylko lew..." mówiłam do siebie w myślach, "nic mi nie zrobi, chyba...". W zakłopotaniu zaczęłam energicznie cofać się do tyłu. Nagle jakby jakiś pech mnie opętał - stanęłam na gałązce, która pękła z trzaskiem.
- Kto tu jest? - zapytał ów lew i wyprężył grzbiet robiąc skupioną minę. Nie było na co czekać, trzeba było działać. Zakradłam się do niego od tyłu. Wzięłam rozpęd i skoczyłam mu na grzbiet, jednocześnie wbijając w nań pazury i powalając go na ziemie. Moja moc przestała działać i teraz lew mógł patrzeć na mnie do woli.
- Kim jesteś i co tu robisz? - zapytałam z warkotem w głosie. Lew najwyraźniej się mną nie przejął.
- To ja powinien się ciebie o to spytać - oznajmił spokojnie, jakby nigdy nic. Ja jednak nie traciłam pewności, że jest on szpiegiem, czy coś w tym stylu. Samiec próbował się spode mnie wydostać, jednak ja przycisnęłam go jeszcze mocniej. Przewrócił oczami. - Jesteś na terenach Pridelands, stada mojej siostry - kontynuował.
- Ja? - zdziwiłam się. Nagle cała śmiałość jakby ze mnie wyparowała. Zeszłam pokornie z lwa.
- Tak - kiwnął stanowczo głową, jakby nie chciał mnie tu więcej widzieć.
- To ja... - zająknęłam się i bez dalszych wymówek rzuciłam się do ucieczki. Zżerała mnie wewnętrzna rozpacz. Za domem i za tym, że te tereny były piękne i chciałam tu zostać, lecz były zajęte przez obce mi stado. Lew, czego się nie spodziewałam, gonił mnie wołając, abym się zatrzymała. W końcu stanęłam.
- Masz krzepę - podsumował mnie z uśmiechem. Odwróciłam się w jego stronę i centralnie spojrzałam mu w oczy.
- Jeśli chcesz mnie zabić, to zrób to teraz - powiedziałam, a do oczu zaczęły napływać mi słone łzy.
- Za co niby? - popatrzył na mnie jak na idiotkę.
- No... za to, że wtargnęłam na wasze tereny bez pozwolenia - odparłam z zakłopotaniem. Lew zaśmiał mi się w twarz.
- I myślisz, że za coś takiego od razu zabijamy? - zapytał z kpiną. Dopiero teraz zrozumiałam, że palnęłam głupstwo.
- Em... ja... - zaczęłam się jąkać.
- Możesz dołączyć jak chcesz - uśmiechnął się do mnie pogodnie. Tak jak każdy lew i lwica mnie onieśmielał, lecz on wyjątkowo. Zarumieniłam się.
- Tak, jeśli mogę - odpowiedziałam cicho.
- Jestem Lost - przedstawił się podając mi łapę.
- Loren - odparłam posyłając mu nieśmiały uśmiech. Zaburczało mi w brzuchu.
- Głodna jesteś? - spytał bez większego namysłu. Kiwnęłam głową. - To dobrze się składa, bo ja też. Idziemy na polowanie? - zadał mi pytanie, które chciałam usłyszeć od dłuższego czasu.
- Oczywiście! - ucieszyłam się.
<Lost, dokończysz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz