Zaśmiałem się cicho na widok ucieszonej lwicy. Na jej policzkach natychmiastowo pojawiły się rumieńce.
Spojrzałem w stronę Wielkiej Rzeki, tam będzie najwięcej zwierząt. Kiwnąłem głową na Loren, ta przytaknęła i ruszyła przodem.
W końcu wyszliśmy z dżungli, przed nami rozpościerała się przepiękna równina. Jej gładkości nic nie zakłócało, prócz akacji oraz baobabów.
Przy Rzece stało stado antylop. Momentalnie łapy się pode mną ugięły. Loren zrobiła dokładnie to samo. Powoli zaczęliśmy skradać się do antylop, łapy stawialiśmy pewnie, uważając na wszelkie patyki i różne liście. Okrążyliśmy stado, wybraliśmy słabą sztukę i przystąpiliśmy do ataku. Byliśmy niesamowicie zgrani, każdy ruch był starannie zaplanowany.
Skoczyliśmy jednocześnie na antylopę, Loren wbiła jej kły w szyję, zwierze zaczerpnęło ostatni raz powietrza, jego serce ostatni raz zabiło, po jego ciele ostatni raz przeszedł dreszcz. Umarło.
<Loren?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz